Biotechnologia.pl
łączymy wszystkie strony biobiznesu
Innowacyjny biobiznes bez kompleksów
Adam Zalewski, 23.10.2015 , Tagi: biobiznes, cebioforum
Innowacyjny biobiznes bez kompleksów
Na naszym portalu pisaliśmy niedawno o powołanej przez prezydenta Andrzeja Dudę Narodowej Radzie Rozwoju, która będzie skupiać specjalistów z różnych branż. Wśród elitarnej grupy eksperckiej znalazł się m.in. dr hab. Tadeusz Pietrucha, założyciel i prezes firmy Bio-Tech Consulting Sp. z.o.o. Nasza redakcja serdecznie gratuluje profesorowi tego wyróżnienia i jego nominację bezsprzecznie uznaje za przejaw docenienia branży biobiznesu.

 

Z dr hab. Tadeuszem Pietruchą porozmawiamy o powołaniu do Rady, o perspektywach z tego faktu wynikających oraz o konieczności rozwoju innowacyjnego biobiznesu nie tylko w kraju i nie tylko w obrębie jednej dziedziny.

 

 

W jaki sposób dowiedział się Pan o nominacji?

 

Dowiedziałem się przez nieoficjalną rozmowę telefoniczną, podczas której pojawiło się pytanie, czy gdyby padła moja kandydatura to bym się zgodził czy nie? Zgodziłem się i potem były kolejne telefony, które skończyły się przysłaniem oficjalnego zaproszenia. 

 

Jest Pan bardzo zajętym człowiekiem, zarówno jeśli chodzi o pracę na uczelni, jak i w firmie. Jak ta nominacja może wpłynąć na Pana dotychczasowe działania? Jest to na pewno kolejny obowiązek…

 

Będą odbywać się spotkania, więc na pewno jakiś czas trzeba sobie na to wygospodarować, ale ja mam wciąż jedną wizję, która mnie napędza do działania – marzy mi się, żeby Polska była krajem innowacyjnych start-upów. Najlepiej gdyby to były oczywiście start-upy biotechnologiczne. Dlaczego? Co takiego te firmy robią? Przede wszystkim ściągają do siebie najbardziej wartościowych, wykształconych, kreatywnych i przedsiębiorczych ludzi. My musimy chronić i umieć inteligentnie zagospodarowywać ten niezwykle cenny kapitał ludzki. W momencie, gdy wykształcony, ambitny absolwent polskiej uczelni dzisiaj nie jest w stanie uzyskać ciekawej oferty pracy, przy czym bardziej chodzi mi tutaj o możliwości rozwoju niż stricte o zarobki, to wyjeżdża za granicę z nadzieją, że tam będzie miał możliwość ją zdobyć. Zazwyczaj jednak niewielu to się udaje.  Minie jakiś czas zanim się o tym przekona i w konsekwencji zniechęci się do dalszego działania. Chciałbym, by idea Polski jako kraju innowacyjnych start-upów inspirowała osoby z pasją, ogromnym potencjałem intelektualnym,  kreatywne,  do tworzenia tego typu przedsięwzięć. To jest absolutnie niezbędny do przejścia początek drogi do stworzenia silnej ekonomiczne gospodarki opartej na wiedzy. To jest idea, która również mnie napędza do działania. Z tego powodu, jeśli dostaję jakąś nową propozycję lub jak sam mam jakiś nowy pomysł, to zastanawiam się najpierw na ile to służy tej idei. Jeśli służy – ja w to wchodzę. Dzięki tej nominacji mam możliwość zarażać nią prezydenta, jego otoczenie, osoby mające wpływ na kształtowanie polityki rozwoju gospodarczego kraju…

 

Mam wrażenie, że już samo Pana powołanie do Rady jest tożsame z docenieniem branży biotechnologicznej, która wydaje mi się, że w Polsce wciąż dopiero kiełkuje w świadomości społecznej…

 

Głęboko w to wierzę, ponieważ jest to jedna z nielicznych branż, w której tak wyraźnie widać, że aby coś osiągnąć nie wystarczą tylko pieniądze. Można mieć dużo pieniędzy i łatwo w tej branży wszystkie stracić. Tu się liczy idea i liczą się ludzie, ich wiedza, umiejętności, kreatywność, pasja, determinacja. Stwarza to ogromną szansę sukcesu tym, którzy tych pieniędzy może (jeszcze?) nie mają, ale mają zasoby, o których mowa powyżej. To jest biznes, który w sposób bezpośredni wręcz zamienia wiedzę, w tym także wiedzę naukową, na efekt ekonomiczny. Mamy ogromną rzeszę absolwentów biotechnologii (ponad 1,7 tys. rocznie),  absolwentów także innych kierunków biologicznych i medycznych, mamy młodych świetnych naukowców dobrze osadzonych we współczesnym świecie także tej niesfeudalizowanej nauki – czyli mamy wszystko, co jest absolutnie niezbędne.

 

W kontekście tego, co Pan mówi to powołanie wydaje się być bardzo ważne. Pan ma pomysł, idee, kontakty i wchodzi Pan z nimi na szczebel narodowy, skąd już tylko krok do poziomu międzynarodowego…

 

To jest właściwy kierunek. Ten biznes jest jak mleko w garnku – jak się zagotuje to od razu wypływa na zewnątrz. Innowacyjnego biobiznesu nie da się zamknąć w kraju, on wypłynie i będzie budować naszą pozycję ekonomiczną w świecie. Nie będziemy musieli się o nic prosić, bo będziemy mieć te technologicznie zaawansowane produkty, które inni już mają i być może także te, których inni jeszcze nie mają. Tym bardziej, że patrząc na Europę Zachodnią widzimy wypalonych ludzi – dobrobyt zwalczył ich ekspansywność i kreatywność. Nie mają już wystarczająco silnej determinacji i motywacji. Mają wysokie pensje i emerytury, dobre samochody. Zagubili w swoim nihilizmie ideowym wiarę i wartości, które ludzi napędzają do działania, do tworzenia. Oczywiście na tą chwilę mają przewagę ekonomiczną, którą kiedyś w znacznie lepszych warunkach niż my mieliśmy stworzyli. Teraz ich czas się kończy, a nasz się właśnie zaczyna. Jeśli tak to będziemy rozumieć, to mamy szansę przekształcić naszą ekonomię opartą na starym, XX-wiecznym modelu przemysłowym na bardzo nowoczesną, opartą na wiedzy, na wartościach, które w naszym kraju są ciągle żywe. Oczywiście wiele się teraz mówi o gospodarce opartej na wiedzy. Problem tylko w tym, że większość poprzestaje na wypowiadaniu tego sloganu, a przecież za tym stwierdzeniem jest autentyczna treść. Ludzie, którzy faktycznie tworzą innowacyjny biobiznes w Polsce widzą i rozumieją tę treść i nie ograniczają się do powtarzania sloganu. Jest cała masa ludzi, zwłaszcza młodych, która chce inaczej żyć i nie ma kompleksów z tego powodu, że urodziła się w Polsce. Jest kilka fantastycznych przykładów, m.in. takie firmy Mabion, Selvita, Oncoarendi, które działają bez kompleksów. Mabion już w tym momencie jest firmą o zasięgu międzynarodowym, a inne – niedługo także do tego dołączą.

 

To co Pan mówi – ci ludzie mają pomysł, a biznes ich samoistnie szuka.

    

Mamy ciągle jeszcze w Polsce duży zbiór fascynujących osób, które mają pomysł. Nie wszyscy jeszcze z Polski wyjechali. Po to jest właśnie m.in. BioForum, organizowane od 15 lat przez moją firmę Bio-Tech Consulting, by ci, którzy podzielają ideę Polski jako kraju innowacyjnych start-upów, którzy mają inne niż wyłącznie konsumpcyjne i roszczeniowe podejście do życia, mogli się odnaleźć i zobaczyć, mogli rozpocząć działalność w innowacyjnym biobiznesie. A pieniądze? Póki trzymamy je w kieszeni lub w banku, są tylko zadrukowanym papierem. One mają wartość, kiedy zaczynają pracować. Ich szczególna, pozytywna wartość ujawnia się wtedy, gdy są zainwestowane w firmie, która dobrze działa i w ludzi, którzy mają siłę i chęć, żeby rozwijać innowacyjny  biobiznes.

 

 

Prezydent Duda bardzo mocno podkreślał, jak ważna jest różnica poglądów w Radzie. Czy nie obawia się Pan tej różnicy poglądów w Pańskiej sekcji „nauka, innowacje”? Idea biobiznesu, którą na pewno będzie Pan mocno forsował może spotkać się ze sceptycyzmem reszty członków…

 

Myślę, że prezydentowi bardziej chodziło o różnicę poglądów politycznych, która oczywiście w grupie osób tworzących Radę istnieje. Dotyczy to także środowiska biobiznesu, bo każdy ma jakieś preferencje polityczne. Poglądy są także różne w odniesieniu do sposobów rozwijania innowacyjnego biobiznesu. Ja wychodzę z założenia, że wizja Polski jako kraju innowacyjnych start-upów jest najwłaściwszym i najważniejszym wspólnym celem, jaki teraz powinniśmy realizować. Jeśli ktoś uważa inaczej, to niech to udowodni. Uważam, że na dzisiaj jest to najlepszy pomysł i zapraszam do dyskusji o nim.

 

A jak wyglądało to pierwsze spotkanie? Czy już Pan wyczuł jak będzie przebiegała współpraca, udało się poznać poglądy członków Pańskiej sekcji?

 

Pierwsze spotkanie nie przesądza o niczym. To była oficjalna nominacja, dość formalne wystąpienia i myślę, że poważna praca zacznie się dopiero po wyborach. Jeśli działalność w NRR ma się przekładać na praktykę gospodarczą, to siłą rzeczy partnerem musi być również rząd. Jestem przekonany, że podejmowane przez nas w ramach Rady kwestie nie będą tak dzieliły ludzi jak poglądy polityczne. Dla mnie byłoby szokiem, jeśli ktoś nie zgodziłby się np. z tezą, że musimy sami w kraju produkować innowacyjne leki. Obecnie nie produkujemy praktycznie żadnego, oprócz insuliny, leku biotechnologicznego nowej generacji. Kupujemy za ogromne pieniądze z zagranicy. Trudno się nie zgodzić z tym, że powinniśmy tworzyć nowe produkty, które znajdują swoje miejsce na globalnym rynku. Samym węglem nie zarobimy tyle, byśmy mieli środki na zakup tych produktów. Myślę, że w sprawach dotyczących rzeczywistej, innowacyjnej gospodarki jest łatwiej osiągnąć strategiczny konsensus. Różnice będą dotyczyć raczej propozycji szczegółowych rozwiązań. Potrzeba nieco czasu i pewnego okresu faktycznej pracy Rady, żeby te szczegóły się pojawiły. Myślę, że takim roboczym okresem, w którym to wszystko zacznie się jakoś formować będzie listopad.

 

Według mnie pomiędzy nauką, a polityką podstawową różnicą jest to, że w nauce większą siłę mają racjonalne poglądy, a w polityce – uczucia i sympatie.

 

Sam mam osobiste doświadczenie, które potwierdza wspomnianą różnicę. Jeden z moich najlepszych i najstarszych przyjaciół ma poglądy politycznie totalnie inne od moich – ja jestem konserwatywnym liberałem, a on jest klasycznym lewicowcem. Dopóki nie rozmawiamy o polityce, świetnie się dogadujemy i bardzo się lubimy, a ponieważ się lubimy – staramy się nie poruszać tematów, które nas różnią. Myślę, że na płaszczyźnie czysto merytorycznej, poglądy ideologiczne siłą rzeczy schodzą na dalszy plan. O różnicach w poglądach merytorycznych łatwiej jest dyskutować i dochodzić do konsensusu. Mamy tu twardy punkt oparcia – albo ekonomia, albo fakty naukowe, albo pewna praktyka działania, która się szybko weryfikuje. 

 

W Polsce był kiedyś pomysł stworzenia tzw. rządu ekspertów, który skupiałby naukowców, ekonomistów, mniej polityków. Teraz powstaje Narodowa Rada Rozwoju i czy może ona w jakimś stopniu zastąpić taki rząd?

 

Myślę, że jest to utopijna idea. Byłoby jednak fantastycznie, gdyby politycy byli na tyle mądrzy, żeby korzystać z ekspertów, mieć ich blisko siebie. Zwiększyłaby się szansa na to, by w swoich działaniach częściej wspierali się wiedzą merytoryczną, częściej z niej korzystali w dyskusjach między sobą, może łatwiej wówczas dochodziliby do konsensusu w sprawach rzeczywiście ważnych dla nas, obywateli. O jakości i klasie polityka świadczy m.in. to, czy jest w stanie uznać, że nie jest wszechwiedzący i skupić wokół sobie grupę osób, do których będzie miał merytoryczne, a niekoniecznie tylko polityczne zaufanie.

 

Rada jest bardzo dobrym punktem zaczepienia dla naszej branży. Pan jest akurat w sekcji „nauka, innowacje”, ale jest jeszcze m.in. sekcja „ochrona zdrowia”, w której Pan też doskonale by się sprawdził i kilka innych obszarów, na które biotechnologia z powodzeniem może dokonywać ekspansji…

 

Tak, mówiłem nawet o tym na pierwszym spotkaniu Rady.  Mówiłem o konieczności wychodzenia poza kojce swoich specjalizacji. Ochrona zdrowia jest tutaj faktycznie fantastycznym przykładem. Kiedy mówimy o ochronie zdrowia, mamy z jednej strony na myśli usługodawców, czyli lekarzy, pielęgniarki, diagnostów laboratoryjnych, a z drugiej strony pacjentów. Widzimy te problemy w przestrzeni usługodawca-usługobiorca i gdzieś w tym wszystkim są jeszcze pieniądze, duże pieniądze. Same jednak pieniądze, bez innowacyjnego otoczenia ochrony zdrowia nie wystarczą. Podam prosty przykład – leki to jeden z największych kosztów w całym systemie ochrony zdrowia. Jeśli mamy sytuację, w której polskie fabryki produkują głównie stare leki generyczne, a dobrze wykształceni lekarze i pacjenci z szerokim dostępem do Internetu znają najnowsze, skuteczne, ale bardzo drogie terapie, to żeby nie wiem ile wrzucono w ten system pieniędzy, nie załatwią one sprawy. Patrząc na ochronę zdrowia, trzeba dostrzec ten sektor, którego rozwój bezpośrednio oddziaływuje na skuteczność polityki zdrowotnej – po pierwsze wpływa na obniżenie kosztów, bo tworząc w kraju dostarcza nowoczesne technologie, które siłą rzeczy wtedy stają się tańsze, a po drugie znacząco poszerza do nich dostęp. Tylko mając dobrze rozwinięty innowacyjny biobiznes działający na rzecz ochrony zdrowia będziemy mieć na miejscu pełny dostęp do nowoczesnych leków, technologii medycznych i co więcej – będziemy mogli je eksportować, pozyskując środki na to, czego sami nie będziemy w stanie wytworzyć.

 

No właśnie, czy jest zatem szansa, że widząc tą zbieżność, członkowie różnych sekcji będą spotykali się także wszyscy razem, a nie tylko w obrębie danej specjalizacji?

 

Kiedy była dyskusja na temat problemów w służbie zdrowia, starałem się pokazać, że częścią ich rozwiązania jest rozwój innowacyjnego biobiznesu i jeżeli tego nie weźmie się pod uwagę, to możemy wrzucać kolejne miliardy, które i tak nie zapewnią nowej jakości, co możemy zaobserwować obecnie. Popatrzmy ile miliardów z naszego systemu ochrony zdrowia zasila przychody zagranicznych koncernów dostarczających nam nowoczesne leki biotechnologiczne i urządzenia medyczne. Pacjent, który jest w sytuacji, gdy żaden stary, generyczny lek już na niego nie działa, a wie, że są dostępne nowe terapie, on i jego rodzina słusznie zresztą zrobią wszystko żeby uzyskać możliwość skutecznego leczenia. Skąd mamy brać na to pieniądze jeśli nie stworzymy sektora, który będzie w stanie sprostać tym potrzebom? Redukowanie problemów służby zdrowia wyłacznie do płaszczyzny pacjent-lekarz, nigdy ich nie rozwiąże. Reformując służbę zdrowia, musimy równie mocno i z determinacją rozwijać innowacyjny biobiznes, jeśli chcemy osiągnąć rozwój, który będzie dostrzeżony przez pacjenta.

 

Wtedy te technologie nie będą już niczym ekskluzywnym, a będą szeroko dostępne dla każdego…

  

Tak, choć oczywiście mamy świadomość, że nie stworzymy nagle wszystkich innowacyjnych technologii, ale nie o to chodzi. Niech nasz rodzimy biobiznes generuje chociaż część technologii atrakcyjnych i dostępnych na współczesnym, także globalnym rynku ochrony zdrowia. Nasz rynek zużyje to co mu potrzeba, a resztę firmy, np. biotechnologiczne, będą sprzedawać za granicę. W ten sposób uzyskamy środki, aby kupić te leki i technologie medyczne, których nie mamy u nas. Póki jednak sami nie będziemy w stanie ich wytworzyć, to za przysłowiową tonę węgla, czy koszyk jabłek też nie jesteśmy w stanie ich kupić.

 

Kluczem jest współpraca i otwarty umysł?

 

Tak, należy dostrzec ten problem w całości, a nie tylko w tej części, która nas najbardziej „uderza po oczach”.

 

Chyba zbyt często spotykamy się z myśleniem mocno w nas zakorzenionym, czyli opartym na fanatyzmie swojej branży.

 

Rzeczywiście tak jest, ale jeżeli dzięki merytorycznemu pluralizmowi Narodowej Rady Rozwoju taki człowiek jak ja, może dzielić się swoimi opiniami w obszarze, który nie jest jego domeną bezpośredniej kompetencji, ma wpływ na funkcjonowanie sektora innowacyjnego biobiznesu, to zaczyna być ciekawie.

 

Może się Pan bezkarnie mądrzyć, dodajmy. Idąc jednak w kierunku podsumowania – jakie są Pana plany, cele i perspektywy wynikające z udziału w Radzie?

 

Ja chcę osiągnąć jedno – przekonywać Radę i otoczenie prezydenta, że bez innowacyjnego biobiznesu nie mamy szans stanąć na nogi nie tylko w służbie zdrowia, ale generalnie nie będziemy w stanie stworzyć nowoczesnej, konkurencyjnej gospodarki. Jeżeli jednak rozwiniemy ten sektor, mamy szansę stać się jedną z liczących się gospodarek w tej części Europy w rzeczywistości, a nie tylko poprzez tworzenie faktów medialnych.

 

Czyli nie ograniczamy się stricte do służby zdrowia, a holistycznie mówimy o efektach na gospodarkę ogółem?

 

Zdecydowanie – uważam, że biobiznes to lokomotywa współczesnej gospodarki. Widzimy to zwłaszcza w takich krajach, jak Stany Zjednoczone.

 

Tym motywującym akcentem zakończyliśmy rozmowę z profesorem. Miejmy nadzieję, że gdy opadną polityczne emocje związane z wyborami, Narodowa Rada Rozwoju aktywnie ruszy do pracy i będzie mieć realny wpływ na rozwój naszego państwa. Tam gdzie polityk nie może, tam eksperta pośle? Nie mamy nic przeciwko.

KOMENTARZE
Newsletter