Biotechnologia.pl
łączymy wszystkie strony biobiznesu
Prof. Jarosław Dastych, Prezes Proteon Pharmaceuticals – pomysł na biznes biotechnologiczny z Łodzi aż po Azję!
Prof. Jarosław Dastych, Prezes Proteon Pharmaceuticals – pomysł na biznes biotechnologiczny

Ostatni raz z prof. Jarosławem Dastychem, założycielem i Prezesem Zarządu Proteon Pharmaceuticals S.A. rozmawiałem pod koniec 2017 r. W tym czasie polska firma biotechnologiczna, wykorzystująca bakteriofagi w produkcji naturalnych preparatów przeciwbakteryjnych do ochrony zwierząt hodowlanych, pomyślnie płynęła razem z nurtem globalnego rozwoju tejże branży. Przy okazji naszego kolejnego spotkania porozmawialiśmy o obecnym najważniejszym projekcie firmy, o tym, jak ewoluował jej model badawczy i biznesowy, a szerzej – o dynamice rynku, który musi sprostać wielu wyzwaniom środowiskowym, podejściu Azjatów do innowacji oraz jak w Łodzi zacząć nieskrępowany granicami administracyjnymi biznes na skalę międzynarodową!

 

Co przez ostatnie dwa lata działo się w spółce pod kątem badawczym i biznesowym?

Ostatnie kilkanaście miesięcy poświęciliśmy na dokładne dodefiniowanie naszego biznesu. Rozwinęliśmy wizję, strategię oraz sposób realizacji i kryteria sukcesu naszego dalszego rozwoju.

Konsekwentnie wierzymy w bakteriofagi jako sposób kontrolowania populacji bakterii, modulowania lub chronienia mikrobiomu, szukając punktów, które pomogą nam uzyskać przewagę technologiczną. Wykorzystujemy trzy prowadzące do tego elementy. Po pierwsze, bioinformatyka, czyli oparte na sztucznej inteligencji programy, które będą interpretować dane genetyczne. Po drugie, efektywny, zautomatyzowany system znajdowania bakteriofagów w środowisku. Po trzecie, optymalna forma podania, transportująca nanocząstkę do miejsca docelowego i zapewniająca aktywność biologiczną.

Obecnie skupiamy się nie tylko na rozwoju bakteriofagów, które izolujemy z zasobów naturalnych, ale przede wszystkim całej platformy technologicznej, która pozwoli nam na stworzenie produktu w ujęciu komercyjnym, czyli w dużej ilości. Naszymi odbiorcami są organizacje biznesowe operujące w skali międzynarodowej lub lokalnej. W obu przypadkach są to duże podmioty i dla takich transakcji przyjmujemy model B2B.

Stworzyliśmy dedykowane konkretnym produktom grupy i zbudowaliśmy liczący ok. 50 osób dział R&D. W dłuższym horyzoncie czasowym myślimy o większej konsolidacji tego zespołu, który teraz jest rozproszony w kilku lokalizacjach. Jednak o ile z pozyskaniem przestrzeni biurowych nie ma większego problemu, o tyle znalezienie odpowiedniego miejsca na laboratorium, spełniającego wyśrubowane kryteria umożliwiające biotechnologom pracę z bakteriami, jest nie lada wyzwaniem. Rynek nie oferuje nic gotowego, budowa jest zbyt czaso- i kosztochłonna, więc skupimy się na adaptacji już istniejących budynków.

 

Ostatnio Proteon otrzymał dofinansowanie w wysokości blisko 12,3 mln zł na projekt zastosowania bakteriofagów u ryb hodowlanych. Na czym dokładnie polega i co sobie założyliście?

Jest to nasz najważniejszy projekt badawczy w tej chwili, zawierający wszystkie elementy kluczowe dla utrzymania pozycji lidera, wobec rosnącej na świecie konkurencji. Projekt dotyczy nowych metod poszukiwania i selekcji bakteriofagów w naturze. Usprawnimy i zautomatyzujemy ten proces, który przez ostatnie 100 lat niewiele się zmienił. Zwiększymy nasze możliwości projektowania nowych produktów w oparciu o sekwencje DNA. Ponadto stawiamy sobie za cel strategiczny rozwinięcie produktów w obszarze akwakultury. Nasz drugi skomercjalizowany projekt to właśnie produkt dla ryb. Wprawdzie został zarejestrowany poza Polską, ale już budzi zainteresowanie poważnych, globalnych partnerów i będziemy dalej pozyskiwać ten rynek.

Akwakultura jest obecnie najszybciej rozwijającą się gałęzią w obszarze zdrowia zwierząt i produkcji białka zwierzęcego na dużą skalę. W najbliższych latach nie powinno się to zmienić ze względu na względnie najmniejsze ograniczenia dotyczące kończących się zasobów środowiska, które jednak trzeba mądrzej wykorzystywać i skuteczniej chronić. Musimy sprostać wyzwaniu utrzymania dostępności czystej wody i jednocześnie możliwości hodowania w niej różnych organizmów. Problem bakterii w światowej akwakulturze jest bardzo potężny, dotyczący m.in. hodowli łososi wokół wybrzeży Ameryki Południowej czy krewetek w Azji. Będziemy dużo inwestować w rozwój produktów dla tego segmentu rynku. Zauważamy pewne wyzwania i próżnię informacyjną – dużo więcej wiemy o bakteriach, które zagrażają ludziom czy ogólnie ssakom, niż organizmom wodnym.

 

Powiedział Pan o rosnącej konkurencji na rynku. Dwa lata temu rozmawialiśmy o tym, że bakteriofagi mają swoje 5 minut, a jak to wygląda dziś? Jak rynek rozwijał się przez ten czas?

Jeszcze niedawno o bakteriofagach można było posłuchać tylko podczas konferencji naukowych. Od pewnego czasu jednak są również tematem wydarzeń biznesowych, gdzie głównymi uczestnikami są firmy biotechnologiczne lub ich skauci poszukujący ciekawych start-upów jako potencjalnej inwestycji. Aktualnie branża znajduje się na rozdrożu – część firm chce używać bakteriofagów obecnych w naturze, aby stworzyć coś bardziej efektywnego, czyli kultywować ponad 100-letnią tradycję, a część chce tworzyć lepsze, genetycznie zmodyfikowane bakteriofagi. Jest jeszcze inny wyraźny podział – wiele firm skupia się na medycynie ludzkiej, profilaktyce, tworzeniu suplementów diety, ale pojawiają się też podmioty, które myślą raczej o ochronie roślin i zwierząt. Tak jak w onkologii nastąpił zwrot z małych cząstek, na bardziej precyzyjne, niosące w sobie więcej informacji przeciwciała, tak w innych niż medycyna ludzka obszarach może być podobnie. Bakteriofagi z jednej strony są naturalnym elementem mikrobiomu, z drugiej – sposobem wpływania na niego i jego ochrony.

 

Ze względu na koszty, czas trwania projektu czy obszar rejestracyjny macie chyba ułatwioną drogę względem firm zajmujących się medycyną ludzką?

Z punktu widzenia biznesowego nie mamy wcale łatwiej. Wchodzimy na rynek, w którym od samego początku bardzo istotnym kryterium jest cena. Musimy bardzo precyzyjnie przyglądać się kosztom produkcji, podczas gdy firmy pracujące nad lekiem w perspektywie kolejnych 10 lat nawet nie będą zastanawiały się, ile wyniesie produkcja takich fagów, ponieważ to będzie nieznaczna część wszelkich innych wydatków związanych z badaniami klinicznymi i rejestracją. Patrząc jednak na nasze przewagi konkurencyjne względem rynku medycyny, my także wpływamy na ochronę zdrowia i życia ludzi, ponieważ chcemy zminimalizować użycie antybiotyków, powszechnie obecnych w łańcuchu żywieniowym. Nasza branża jest nieco mniej uregulowana i szybciej możemy wejść z naszym produktem na rynek. A przy okazji robimy coś dobrego dla środowiska.

 

No właśnie, do 2050 r. może być nas na świecie ok. 10 mld i wówczas światowa konsumpcja mięsa może wzrosnąć nawet o 76%... Czy firmy biorą już pod uwagę te zatrważające prognozy?

Z perspektywy europejskiej może brzmi to dość absurdalnie, ale w skali globalnej dochodzimy do punktu, w którym nadmierne wykorzystanie zasobów, takich jak ziemia uprawna czy woda, zaczyna ograniczać możliwości coraz intensywniejszej produkcji żywności. Jednym ze sposobów ochrony środowiska jest ograniczenie olbrzymich strat, takich jak uszkodzone przez bakterie rośliny hodowlane czy śnięte ryby w skażonych stawach, które wpływają na nieefektywne wykorzystanie dostępnych zasobów. Bakterie i bakteriofagi mają dla siebie potężną przestrzeń w szeroko rozumianej zielonej biotechnologii, np. mogą one prowadzić do zmniejszenia emisji amoniaku w hodowli. Ponadto są kraje, które od wieków zmagają się z kryzysem dostępu do wody, np. Egipt. Tamtejsze prawo zakazuje pobierania wody z rzek na potrzeby stawów rybnych, które mogą być zasilane wyłącznie… wodą ze ścieków! Czyli firmy bakteriofagowe, które chcą wejść na rynek egipski, muszą mierzyć się z problemem wyhodowania najlepszej jakości ryb, już na wejściu mając bardzo brudną wodę. To tylko jeden z przykładów. Możliwości rozwoju technologii w tym obszarze są bardzo rozległe. Mógłbym wymienić kilkadziesiąt potencjalnych zastosowań bakteriofagów. Trzeba natomiast zawsze brać pod uwagę poświęcony czas, pieniądze i aktualne potrzeby rynkowe. Podobne pomysły mają także inne firmy, którym udało się dotychczas przekonać inwestorów do kilku poważnych ruchów finansowych na tym rynku.

 

Za swój obszar strategiczny do tej pory uznawaliście Azję Południowo-Wschodnią czy Indie. Pomijając kwestię skali, dlaczego rynek azjatycki jest tak interesujący dla rozwoju biznesu biotechnologicznego i jakie mogą być inne potencjalne rynki dla akwakultury?

Jeśli poważnie bierze się pod uwagę działanie w branży akwakultury, ze względu na wielkość i lokalizację rynków, zaraz po Azji należy na listę swoich planów wpisać Afrykę. Europa zaś charakteryzuje się najtrudniejszym procesem rejestracyjnym dla produktów, które oddziałują na bakterie. Ma ponadto rozległą i sformalizowaną administrację, gdzie głosowanie na tematy merytoryczne odbywa się przez reprezentantów krajów członkowskich w ilości adekwatnej do wielkości populacji danego kraju.

W Europie można również zaobserwować wyraźny konserwatyzm wobec zielonej biotechnologii, mimo że istnieje pewien ruch środowiska naukowego mający na celu dostarczenie decydentom potwierdzonej badaniami wiedzy na ten temat. To tworzy sytuację, w której z jednej strony Komisja Europejska wydaje ogromne pieniądze na stymulowanie rozwoju różnych praktycznych rozwiązań biotechnologicznych (KE chce docelowo przeznaczyć 25% budżetu na politykę klimatyczną – przyp. red.), a z drugiej buduje barierę wejścia na rynek. Europejskie firmy biotechnologiczne są przez to w dużo gorszej sytuacji niż firmy amerykańskie czy azjatyckie, ponieważ mają utrudniony dostęp do własnego rynku.

W krajach azjatyckich sektor produkcji żywności dynamicznie rozwija się i ewoluuje. Jest tam ogromny głód innowacji wynikający z potrzeby. W Europie natomiast, ze względu na nadprodukcję żywności, nie ma tak silnej potrzeby nowinek. Choć niektóre kraje europejskie już znacznie zmniejszyły użycie antybiotyków w hodowli (od 2009 r. holenderscy producenci drobiu i zwierząt gospodarskich zmniejszyli stosowanie antybiotyków o 60% – przyp. red.). Szkoda jednak, że nie stało się to ogólnym ruchem w Europie.

Z kolei przy innej strukturze populacji i dynamice jej wzrostu, jaka występuje w krajach azjatyckich, a także w obliczu ograniczonych zasobów, produkcja żywności nabiera zupełnie innego wymiaru. Pojawia się większa otwartość na nowe rozwiązania.

Wszystko to musimy brać pod uwagę w naszych planach strategicznych. W przypadku niedużej firmy z Polski wiele zależy też od tego, gdzie uda nam się wypracować strukturę wejścia na rynek, zbudować swój przyczółek, nawiązać kontakty biznesowe. Tworząc firmę, nie możemy stanąć przed mapą świata i pokazać palcem, gdzie będziemy działać. Musimy rozważnie wybierać miejsca naszej ekspansji.

 

Wróćmy na rynek lokalny, swego czasu realnie zapatrywaliście się na zdobycie inwestorów przez NewConnect. Czy giełda to dobre miejsce dla start-upów biotechnologicznych?

Bardzo wczesny start-up technologiczny na pewno może znaleźć inwestorów przez NewConnect. Natomiast przy późniejszym upublicznieniu spółki naturalny będzie raczej główny parkiet, niekoniecznie warszawski. Firmy technologiczne, również polskie, będą porównywały koszty związane z wejściem, potencjał uzyskania kapitału, wielkość rynku, możliwość dobrej wyceny, płynność kapitału i zainteresowanie inwestorów z innymi giełdami. Nie ma jednak powodu, żeby rozpatrywać debiut jedynie w granicach swojego kraju. Start-upy biotechnologiczne z założenia muszą działać globalnie, jeżeli nie ma konkretnej niszy, która z jakichś powodów ogranicza działalność do danego kraju. W biotechnologii, zarówno medycznej, jak i rolnej, jest to wręcz praktycznie niemożliwe. Zatem dlaczego firma miałaby zamknąć się w Warszawie i tylko tam szukać inwestorów? Polska nie dorobiła się jeszcze marki miejsca, które kipi od firm innowacyjnych. Wciąż nie wypracowaliśmy dostatecznej historii sukcesów, ponieważ dość późno zaczęliśmy rozwijać różne technologie i nasze rodzime firmy po prostu potrzebują więcej czasu. Dlatego tutaj o pieniądze na innowacyjny biznes łatwo nie będzie.

W naszym przypadku kilka czynników ostatecznie wpłynęło na to, że strategicznym inwestorem stał się zagraniczny fundusz kapitałowy. Widział on ewentualne upublicznienie spółki nieco później, a my skorygowaliśmy naszą wizję i strategię, ponieważ było to dobre dla rozwoju firmy.

 

Łódź lubi przedstawiać się jako „polska Dolina Krzemowa”, „technologiczny hub Europy Środkowo-Wschodniej”. Na ile Pana zdaniem to zwykłe slogany, na ile potwierdzona przykładami charakterystyka rynku?

Wystartować można tak z Łodzi, jak i z innych miejsc. W Łodzi natomiast jest nagromadzenie szkół wyższych, kształcących w obszarach biotechnologii, medycyny i pokrewnych. Choćby dlatego środowisko wydaje się sprzyjać biznesowi. Jednocześnie Łódź nie ma tak silnej marki, jak 2-3 inne polskie miasta, co powoduje, że koszty prowadzenia biznesu są nieco niższe. Lokalizacja Proteonu jest jednak połączona z moimi związkami z Łodzią, ale rozwój tutaj do pewnego momentu bardzo nam sprzyjał. Przytoczone przez Pana hasła zobowiązują, są dobre dla Łodzi. Władze miasta powinny zrobić wszystko, aby używanie ich nie było groteskowe i dramatycznie nie rozchodziło się z rzeczywistością. W tym celu powinny powstawać kolejne firmy biotechnologiczne, pamiętając, że aby 3 nowe podmioty skutecznie zaistniały na rynku, po drodze musi powstać 20-30 start-upów…

Inwestorzy z różnych krajów naprawdę nie mają problemu z tym, żeby z Okęcia przyjechać do siedziby Proteonu w Łodzi, nie raz ich tu gościliśmy. Żeby jednak namówić inwestorów do takiej wycieczki, po drodze muszą mieć kilka dobrych opcji lokacji środków, czyli musimy wypracować tzw. masę krytyczną firm. Jeśli Łódź chce utrzymać swoją markę, oprócz dużej liczby świetnych absolwentów, którzy zasilą lokalne firmy, musi pojawić się to, od czego zaczęliśmy rozmowę – sensowne wsparcie infrastrukturalne. Zwykłe biuro obsłuży start-up w obszarze designu czy IT, ale nie biotechnologii. To ciężki kawałek chleba i miejmy nadzieję, że nasze miasto podejmie to wyzwanie.

KOMENTARZE
Newsletter