Biotechnologia.pl
łączymy wszystkie strony biobiznesu
"Nikt nie żąda, aby biotechnolodzy zrezygnowali z wytwarzania GMO."-rozmowa z Katarzyną Lisowską
01.12.2011
"Nikt nie żąda, aby biotechnolodzy zrezygnowali z wytwarzania GMO."-rozmowa z Katarzyną Lis
dr hab. Katarzyna Lisowska  jest absolwentką Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Ma tytuł doktora habilitowanego w specjalności biologia medyczna. Pracuje jako biolog molekularny, na stanowisku profesora, w dziale badawczym Centrum Onkologii w Gliwicach.  Jest także członkiem Komisji ds. GMO przy Ministerstwie Środowiska w kadencji 2010-2014. 

 

 

Marta Cipińska: W opinii społecznej pod hasłem GMO rozumie się: duże czerwone jabłka, bezpestkowe banany, czy pomidory, które są świeże nawet po 2 tygodniach. Czy te przekonania są słuszne? Czym tak naprawdę jest GMO?

dr hab. Katarzyna Lisowska: Słuszna uwaga – zanim się uwikłamy w polemikę o GMO warto uzgodnić pojęcia i definicje. Pojęcie genetycznie zmodyfikowanego organizmu jest zdefiniowane poprzez ustawę o GMO i rozporządzenia wykonawcze. Zgodnie z tymi zapisami prawnymi, GMO to organizm, w którym materiał genetyczny został zmieniony w sposób niezachodzący w warunkach naturalnych wskutek krzyżowania lub naturalnej rekombinacji. A zatem, trzeba pamiętać - wszystko, co stworzone tradycyjnymi metodami ulepszania roślin - czyli właśnie te duże czerwone jabłka, bezpestkowe banany i mandarynki, pszenżyto, nektarynki, wielkie, pachnące truskawki – to nie są żadne GMO! Nawiasem mówiąc, na tych przykładach widać, że wcale nie potrzeba inżynierii genetycznej, żeby otrzymać duże, smaczne owoce czy wzrost wydajności upraw.

Zatem, jeżeli chcemy mówić o prawdziwych genetycznie zmodyfikowanych odmianach uprawnych, to trzeba pamiętać, że takie rośliny wytwarza się w laboratoriach, a nie na polu i tworzy się je technikami inżynierii genetycznej, a nie z użyciem tradycyjnych metod hodowli roślin.

Pierwsze próby polowe z genetycznie modyfikowanymi roślinami miały miejsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a pierwszym GMO dopuszczonym na rynek był pomidor Flavr Savr, który uzyskał autoryzację w 1994 r. Czyli nasze doświadczenia z jadalnymi GMO są stosunkowo bardzo krótkie - zaledwie 17 lat! Dlatego denerwuje mnie, gdy ktoś powtarza slogany w stylu: „rolnicy zawsze produkowali GMO”, albo „wszystkie współczesne odmiany uprawne to GMO”. Osoby, które rozpowszechniają takie opinie - albo nie mają elementarnej wiedzy, albo celowo wprowadzają innych w błąd.

 

Czy wszystkie rodzaje organizmów modyfikowanych genetycznie są „złe”?

dr hab. Katarzyna Lisowska: Możliwość genetycznej modyfikacji organizmów to jedno z ogromnych osiągnięć człowieka, które daje mnóstwo ekscytujących możliwości. Można modyfikować mikroorganizmy, komórki eukariotyczne hodowane in vitro, zwierzęta doświadczalne, a wreszcie – zwierzęta hodowlane i rośliny uprawne. Ważne jest, po co to robimy? Moim zdaniem, zastosowanie modyfikacji genetycznych w badaniach naukowych nie budzi żadnych kontrowersji. To po prostu jedno z narzędzi, jakimi dysponują współczesne nauki bio-medyczne. Przy zastosowaniu zasad dobrej praktyki laboratoryjnej i zdrowego rozsądku nie ma tu żadnych zagrożeń. Podobnie, wykorzystanie GM mikroorganizmów w przemyśle i farmacji raczej nie budzi kontrowersji.

Zasadnicze wątpliwości dotyczą natomiast zastosowań GMO w rolnictwie i produkcji żywności. Tu jest bardzo wiele zastrzeżeń: po pierwsze „wypuszczamy” GMO do środowiska naturalnego. Nie sposób dziś przewidzieć, czym to się może skończyć, ale jedno jest pewne – to są organizmy żywe, które mają zdolność rozmnażania się i rozprzestrzeniania. W razie czego, wyeliminowanie ich ze środowiska będzie trudniejsze niż próby usuwania zanieczyszczeń chemicznych, jakie skażają biosferę, o ile nie zupełnie niemożliwe. Po drugie, w mojej opinii odmiany GMO były zbyt pobieżnie przebadane pod względem zagrożeń zdrowotnych przed dopuszczeniem ich na rynki. Po trzecie, i najważniejsze - odmiany GMO są własnością kilku wielkich korporacji, które dążą do monopolizacji globalnego rynku nasion i maksymalizacji zysków. To zjawisko, moim zdaniem, zaczyna być niebezpieczne. Tu bowiem nie chodzi o „dobro ludzkości” - jest to wyłącznie gra ekonomiczna, zręcznie opakowana w chwytliwe hasła marketingowe.

Jeżeli można powiedzieć, że są jakieś „złe GMO”, to są to właśnie odmiany opatentowane przez wielkie koncerny. Większość z nich ma cechę odporności na herbicyd (herbicide resistance, HR). Ta cecha nie poprawia w żaden sposób jakości ziarna, nie daje też wzrostu plonów. Odnosi się wrażenie, że została wymyślona po to, aby koncerny mogły zwiększyć sprzedaż herbicydów. Dobrą ilustrację tego zjawiska zawiera zeszłoroczny raport Amerykańskiej Akademii Nauk USA [1], który pokazuje na wykresach, jak skorelowany jest wzrost areału odmian HR ze wzrostem sprzedaży odpowiedniego herbicydu (rys. 1). Według danych dostępnych w internecie, w 2003 roku firma Monsanto zarobiła 1.6 miliarda na sprzedaży GM ziarna i dwa razy tyle  (3.1 miliarda USD) na sprzedaży herbicydów. Spośród wszystkich upraw GMO na świecie, ponad 80% to są właśnie rośliny HR.  

 

Co skłoniło Panią do przeciwstawiania się GMO?

dr hab. Katarzyna Lisowska: Jestem biologiem molekularnym z dwudziestoletnim doświadczeniem zawodowym. Sama wykorzystuję w swojej pracy badawczej różne GMO. Przez wiele lat nie przyszło mi do głowy, że GMO może stanowić jakiś problem. W latach 80-tych i 90-tych pracowaliśmy z GMO bez żadnych uregulowań prawnych. Pamiętam, jaki popłoch wzbudziła w naszym środowisku informacja o tym, że powstaje ustawa o GMO. Baliśmy się, że jej przepisy zablokują możliwość swobodnego prowadzenia badań. Na szczęście nic takiego się nie stało. Dziś widzę, że te przepisy mają sens. Poprzez fakt, że badacze muszą uzyskać zgodę na pracę z GMO ogólny poziom bezpieczeństwa biologicznego w pracy laboratoryjnej podniósł się bez porównania z tym, co było kiedyś. Praca w komorach z kurtyną sterylnego powietrza stała się standardem, obowiązują ścisłe procedury utylizacji odpadów. Te standardy są ważne: w końcu pracujemy z bakteriami, wirusami, materiałem klinicznym, który jest traktowany jako potencjalnie infekcyjny.

Wracając do pytania – skąd mój sprzeciw wobec GMO? Tą problematyką zainteresował mnie prof. Mieczysław Chorąży, dawny kierownik naszego zakładu, dziś wciąż bardzo aktywny emerytowany profesor. To człowiek wyjątkowy, o niezwykłej prawości i odwadze, który nie potrafi przechodzić obojętnie wobec rzeczy ważnych. To On zwrócił mi uwagę, że GMO to nie tylko domena naszej pracy badawczej i narzędzie fascynujących eksperymentów, ale także problem, który wkracza do świata polityki i gospodarki, problem ekonomiczny, z przełożeniem na kwestie społeczne. To jest właśnie ta refleksja, której mi wówczas brakowało, i której, jak mi się zdaje - wciąż brakuje wielu moim kolegom naukowcom, entuzjastom GMO.

Profesor Chorąży, pochodzący z rodziny włościańskiej, jest szczególnie wyczulony na problemy wsi i rolnictwa. Dlatego bez trudu dostrzegł, jakie zagrożenia dla tego sektora mogą się wiązać z akceptacją biotechnologii rolniczej w naszym kraju. Bowiem wbrew rozpowszechnionym opiniom obecna, wciąż jeszcze dość rozdrobniona struktura polskiego rolnictwa i jego tradycyjny charakter mają wiele zalet – sprzyjają produkcji żywności dobrej jakości, niskiej chemizacji produkcji rolnej, zachowaniu bioróżnorodności i bogactwa genetycznego odmian uprawnych, zapobiegają nadmiernej eksploatacji gleb. Nasza produkcja rolna ma dobrą markę na rynkach europejskich i temu zawdzięczamy korzystny bilans w handlu zagranicznym. Nawet drobnotowarowe gospodarstwa zapewniają utrzymanie i godne życie rodzinom zamieszkałym na wsi, chronią przed bezrobociem. Tymczasem pójście w kierunku agrobiznesu i biotechnologii rolniczej oznacza rezygnację z tych wszystkich atutów polskiej wsi. I to jest realne zagrożenie, któremu staram się przeciwstawić.

 

Czy biotechnologia może istnieć bez GMO?

dr hab. Katarzyna Lisowska: Nikt nie żąda, aby biotechnolodzy zrezygnowali z wytwarzania GMO. Wciąż podkreślam, że jest wiele pożytecznych zastosowań inżynierii genetycznej, a niepokój i sprzeciw  budzą tylko pewne sposoby wykorzystania GMO. Powtórzę jeszcze raz – zastrzeżenia dotyczą biotechnologii rolniczej i GM odmian uprawnych opatentowanych przez kilka potężnych koncernów, z którymi nikt nie jest w stanie konkurować.

 

Czy w Polsce istnieją uprawy roślin modyfikowanych genetycznie? Czy konsumenci w naszym kraju stykają się z produktami takich modyfikacji?

dr hab. Katarzyna Lisowska: Jeżeli chodzi o uprawy, w Polsce mamy w tym zakresie „wolną amerykankę”. Ustawa o GMO z 2001 roku w ogóle nie reguluje problemu upraw. Obowiązuje co prawda zakaz obrotu materiałem siewnym modyfikowanym genetycznie, ale nie ma zakazu prywatnegodr hab. Katarzyna Lisowska:importu „na własne potrzeby”. W związku z tym, kto się uprze, ten sieje GMO. Raport NIK z 2009 r. stwierdza, że istniejące w Polsce półlegalne uprawy GMO są poza jakąkolwiek kontrolą – żaden urząd  nie jest w stanie powiedzieć, ile jest tych upraw, gdzie one są i jakie odmiany się uprawia. To oznacza, że łamiemy unijne przepisy regulujące tzw. koegzystencję (zestaw przepisów, które mają zapobiegać mieszaniu się GMO z tradycyjnymi produktami rolnymi). To nie świadczy dobrze o nas jako o państwie prawa. Raczej przypomina sytuację w krajach Ameryki Południowej, gdzie koncerny zadbały o szerokie upowszechnienie nielegalnych upraw GMO, aby rządy, stojąc wobec faktów dokonanych, musiały uprawy te zalegalizować. To niezbyt demokratyczny sposób stanowienia prawa i wolałabym, aby u nas taki scenariusz się nie powtórzył.

Oczywiście rolnicy, którzy uprawiają GMO, rzekomo na własne potrzeby, oddają swoje plony do skupu, nikogo o tym nie informując. Taka beztroska może spowodować realne straty ekonomiczne: już mieliśmy przypadek, kiedy Szwecja zwróciła do Polski transport kukurydzy, ponieważ ich testy wykazały, że zawiera 4% GMO.

Dla porządku przypomnę, że w UE wolno uprawiać jedynie dwie rośliny GMO: kukurydzę MON810 z genem Bt i przemysłowego ziemniaka Amflora. Wolno jednak importować różne inne GMO, a więc w sklepie możemy spotkać się z żywnością zawierającą GMO. W rzeczywistości asortyment GM produktów jest dość skromny – to są głównie soja, kukurydza i rzepak. GMO może więc występować w oleju rzepakowym, w wyrobach sojowych (mleko sojowe, tofu, wyroby wegetariańskie, etc) oraz w dodatkach (białko sojowe w wędlinach, lecytyna sojowa w słodyczach, etc), płatki kukurydziane mogą zawierać GMO, ale także skrobia kukurydziana dodawana do żywności może pochodzić z GMO. Uczulam jednak, aby nie mylić „skrobi modyfikowanej”, często widocznej w składzie jogurtów, z GMO – tak oznaczana jest bowiem skrobia modyfikowana chemicznie, a nie genetycznie.

No i tu dochodzimy do problemu oznakowań – zgodnie z przepisami UE produkty zawierające powyżej 0,9% GMO muszą być oznakowane. Tymczasem bardzo rzadko widać tego rodzaju oznaczenia na żywności. Nasuwa się więc podejrzenie, że producenci nie przestrzegają przepisów, a z kolei odpowiednie inspekcje najwyraźniej tego nie kontrolują. A więc prawo wyboru, na jakie powołują się zwolennicy GMO, najwyraźniej nie jest dane konsumentom.

 

Dlaczego Polska powinna pozostać krajem wolnym od GMO?

dr hab. Katarzyna Lisowska: Kiedy w 2010 roku trwała publiczna debata nad rządowym projektem nowej ustawy o GMO, do Sejmu wpłynęło kilkadziesiąt opinii wystosowanych przez różnych naukowców i instytucje. Wszystkie uwagi są streszczone w opracowaniu wykonanym przez Biuro Analiz Sejmowych. Spośród argumentów przeciwko legalizacji upraw GMO, jakie można przeczytać w tym dokumencie, za najcelniejsze uważam następujące:

1. Skutki uwalniania GMO do środowiska są dalekosiężne i nieodwracalne, a równocześnie znacznie groźniejsze od skutków powodowanych przez jakiekolwiek inne czynniki  zagrażające obecnie bioróżnorodności i jakości środowiska, przy czym rzeczywista skala zagrożeń  pozostaje wciąż nierozpoznana

2. Koegzystencja upraw GM i tradycyjnych oraz ekologicznych jest de facto niemożliwa (zbyt wiele nieprzewidywalnych czynników decyduje o „ucieczce genów”, czyli o niekontrolowanym rozprzestrzenianiu się pyłku lub nasion) oraz ze względu na rozdrobnioną strukturę agrarną polskiego rolnictwa; rolnictwo ekologiczne i transgeniczne wykluczają się

3. Uprawa GMO jest sprzeczna z dalekowzrocznym interesem polskiego rolnictwa i przemysłu spożywczego; dopuszczenie odmian GMO uderzy w tradycyjny model polskiego rolnictwa, zagrozi konkurencyjnej pozycji polskiej żywności w UE, może doprowadzić do szybkiego wzrostu bezrobocia.

 

 

 

1. National Research Council. 2010. The Impact of Genetically Engineered Crops on Farm Sustainability in the United States. Washington, DC: The National Academies Press  http://www.nap.edu/catalog.php?record_id=12804

 

Część druga rozmowy.

Red. Marta Cipińska

KOMENTARZE
Newsletter