Biotechnologia.pl
łączymy wszystkie strony biobiznesu
Brytyjski problem „dziecka trójki rodziców” okazać się może nowym rozdziałem nie tylko dla medycyny, ale i bioetyki. Podsumowując opinie na temat podobnych działań zacytować można Sokratesa twierdzącego „Wiem, ze nic nie wiem”.

„Stara” sprawa

Ogłoszona na początku lutego 2015 r. decyzja o zalegalizowaniu na Wyspach Brytyjskich możliwości stosowania procedury in vitro z wykorzystaniem dwóch komórek jajowych stanowi w zasadzie kontynuację dyskusji, jakie podejmowane były już dwa lata temu. Jak podkreślała wówczas prof. Sally Davies, naczelna lekarz Anglii,  nie można uznać, iż podobne działania doprowadzą do pojawienia się trzeciego, biologicznego rodzica. Tymczasem  to właśnie ta kwestia najczęściej podnoszona była i jest w komentarzach. Wskazuje się tym samym, że „przeszczepiony” materiał mitochondriom przenosi minimalną ilość informacji genetycznej, nie mającej wpływu na tożsamość poczętej jednostki.

Innego zdania była Szkocka Rada Ludzkiej Bioetyki. Jak donosił „The Telegraph”  Rada  „orzekła, że powoływanie do istnienia dzieci trojga  rodziców genetycznych jest sprzeczne z prawem międzynarodowym.” Opinię szkockich bioetyków podzielił dr David King, dyrektor Human Genetics Alert. Badacz wskazał, że promowane akceptacja omawianych działań to w istocie „decyzja, która prowadzi do przekroczenia pewnej linii i tworzenia rynku eugenicznego, na którym będzie można zamawiać dzieci o pewnych cechach, została podjęta na podstawie całkowicie tendencyjnych i niewystarczających konsultacji”.

Podobne opinie stanowiły odpowiedź także na badania, jakie miały miejsce nie tylko z wykorzystaniem komórek rozrodczych, ale i zarodków. Prof. Mary Herbert z Uniwersytetu w Newcastle stwierdziła na podstawie własnych analiz, że dużo skuteczniejsze jest dokonywanie zamiany jąder komórkowych już po zapłodnieniu. Działanie to nie wprowadza nowych elementów w trakcie samego zapłodnienia.

Jak się jednak okazuje, podobne biologiczne spostrzeżenia nie przekonują badaczy oraz publicystów z USA. Dr Rick Lewis komentujący w ostatnich dniach brytyjską zgodę na stosowanie metody in vitro z wykorzystaniem trzech komórek rozrodczych wskazał, że aktualnie nie możemy być pewni, jaka część komórki jajowej odpowiada za powstanie chorób mitochondrialnych. Nie wiadomo ponadto, jakie reakcje powstaną pomiędzy mitochondrium, a nowym, wszczepionym jądrem. Zdaniem autora, na terenie Stanów Zjednoczonych nie należy spodziewać się legalizacji podobnych procedur także z racji na federalny zakaz finansowania procedur, w których dochodzi do manipulacji genetycznych na zarodkowym etapie. 

A może inaczej?

Śledząc podobne debaty zadać można jednak  pytanie: A może działania Brytyjczyków to w istocie innowacyjny pomysł wprowadzenia chirurgii zarodkowej? Podobna wątpliwość nie jest pozbawiona racji i odnosi się do utrwalonej już w medycynie techniki przeprowadzania operacji dzieci przed narodzeniem. Działania te podejmowane są, jako następstwo diagnostyki prenatalnej. W procedurze in vitro pojawia się z kolei diagnostyka preimplantacyjna. Zdaniem dr Marcy Darnovsky, dyrektor Center for Genetics and Society, to właśnie diagnoza zarodków może stanowić alternatywę dla działań wykorzystujących mitochondrium obcej dawczyni. Z drugiej jednak strony podobne formy diagnozy częstokroć są krytykowane przez bioetyków, którzy wskazują, iż stanowią one element wykluczenia ze społeczeństwa jednostek chorych i niepełnosprawnych. Wybiegając zatem w przyszłość można uznać, iż Wielka Brytania dokonuje istotnego kroku w stronę wprowadzenia możliwości terapeutycznych wykorzystywanych w stosunku  np. do zarodków nie zdolnych do dalszego rozwoju. W chwili, w której to embriolog dostrzeże istotne wady nie tylko na etapie komórkowym, ale i zarodkowym będzie miał możliwość podjęcia działań mikrochirurgicznych, które zniwelują lub zlikwidują niebezpieczeństwo powstania zaburzenia. Diagnoza preimplantacyjna będzie zatem wstępem do „zoperowania” zarodka.

Człowiek błądzi

Podobna futurologiczna wizja, to w istocie „modelowy stan idealny”, który zadowoliłby zapewne większość osób walczących z cierpieniem i chorobą. Jego osiągnięcie nie jest możliwe z racji na jeden element. Owym elementem jest sam człowiek. Dynamiczny, niepojęty wręcz postęp biotechnologii powoduje, iż nauka niejednokrotnie zapomina, że w dynamicznym pędzie, czasem konieczne jest zwolnienie lub też użycie hamulców.

Pojawienie się podobnej metody chirurgicznej z perspektywy moralnej byłoby pozytywnym zjawiskiem np. z racji na sytuację tysięcy zarodków poddanych kriokonserwacji. Te z nich, które obarczone są określonymi wadami, mogłyby być mimo wszystko wykorzystane po wprowadzeniu „mikroleczenia” Każde jednak tego typu działanie doprowadziłoby do zmiany owych zarodków. Co istotne, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jaki charakter mogą mieć owe zmiany. Nie wiemy, jaki byłby ich zakres. Nie wiemy także czy wyeliminowanie jednej wady nie spowodowałoby pojawienia się kolejnej, innej i nieznanej. Brytyjscy naukowcy twierdzą, iż zapisują nowy rozdział w historii medycyny. Wydaje się jednak, iż zaczęli pisać książkę nie wiedząc czy zakończy się ona happy endem, czy też będzie to powieść tragiczna.  

Źródła

zdjęcia

- archiwum autora

- sxc.hu

-   Projekt został sfinansowany ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2013/10/E/HS5/00157

 

Prezentowane refleksje stanowi wstępną wersję artykułu  autora opublikowanego w ostatecznej wersji w jednej jego z naukowych prac badawczych.

KOMENTARZE
Newsletter