Biotechnologia.pl
łączymy wszystkie strony biobiznesu
Reklama suplementów diety – autoregulacja branży vs nowelizacja ustawy
Pod koniec 2016 r. branża producentów suplementów diety opracowała samoregulację, by uporządkować i wprowadzić wysokie standardy dotyczące sposobu komunikacji, promocji i reklamy swoich produktów. Obecnie natomiast trwają prace nad nowelizacją do Ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia z 25 sierpnia 2006 r., która powiela bądź rozszerza część ustaleń Kodeksu Dobrych Praktyk Reklamy Suplementów Diety, niektóre regulacje wprowadza jednak niezasadnie, a nawet niezgodnie z ustawodawstwem unijnym.

 

 

Pani Małgorzata Brzozowska, reprezentująca Zarząd Związku Producentów i Dystrybutorów „Suplementy Polska”, w niniejszym wywiadzie przedstawiła stanowisko branży wobec proponowanych zmian. Niektóre zyskały jej poparcie, jak np. centralizacja nadzoru nad reklamą suplementów diety u Głównego Inspektora Sanitarnego czy wprowadzenie „pozytywnej” listy składników roślinnych, które mogą być stosowane w suplementach, jednak zasadność innych bardzo trudno zrozumieć. Punktem zapalnym stała się dostrzeżona przez ustawodawcę rzekoma konieczność dodatkowego „ostrzeżenia” konsumentów przed działaniem suplementów, a także kara w wysokości nawet do 20 mln zł za nieprzestrzeganie wymagań w zakresie prezentacji i reklamy produktów. Czy projekt nowelizacji nazbyt nie piętnuje tej kategorii żywności, strasząc konsumentów suplementami diety?


Branża, podpisując Kodeks na przełomie roku 2016/2017, dała sobie półroczny okres przystosowawczy, aby wprowadzić postanowienia autoregulacji. Możemy już zacząć więc powoli rozliczać reklamodawców z podjętych działań. Jak Pani, jako konsument, ocenia zmianę kształtu reklam suplementów diety na przestrzeni ostatnich miesięcy?

Dla przypomnienia, kluczowymi postanowieniami Kodeksu są: obowiązek umieszczania nazwy kategorii „suplement diety” w reklamie, zakaz wykorzystania wizerunku lub rekomendacji zawodów medycznych, konieczność powoływania się na badania naukowe, ograniczenia dotyczące reklam kierowanych lub przeznaczonych dla dzieci, a także zakaz odnoszenia się w reklamach do rzeczywistych lub fikcyjnych chorób. W okolicach czerwca br. zaczęły się już pojawiać zmienione reklamy, co było najbardziej widoczne w reklamach telewizyjnych i na stronach internetowych (napis „suplement diety” informujący o kategorii produktu znajduje się w prawym dolnym rogu) oraz reklamach radiowych (w spotach do 30 sekund nazwa „suplement diety” musi być wypowiadana co najmniej raz, w spotach powyżej 30 sekund – dwukrotnie). Zniknęły z reklam telewizyjnych tzw. „białe fartuchy”, a jadąc do pracy samochodem, słyszę w reklamach radiowych odwołania do badań naukowych lub sprzedażowych. Nawet jeśli Kodeks wprowadziło „tylko” 80% producentów, którzy są jego sygnatariuszami dzięki akceptacji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, wszystkie inne firmy też się do niego dostosowują i, nawet jeśli nie oznaczają nazwy kategorii w swoich reklamach, nie łamią innych zakazów zawartych w autoregulacji. Wielu reklamodawców wypowiada dodatkowo w reklamie telewizyjnej nazwę „suplement diety”, pomimo że nie ma takiego wymogu, ale robi to po to, aby dodatkowo zaakcentować swoją wolę zmian i zerwania z negatywną prasą, z jaką zmagają się obecnie suplementy diety.


Nie wiem, czy Pani się ze mną zgodzi, ale ta negatywna prasa miała ogromny związek z raportem Najwyższej Izby Kontroli w sprawie dopuszczenia do obrotu suplementów diety.

Zdecydowanie tak. Od tego momentu wszystko się zaczęło i postępowało już dalej lawinowo. Zaczęły się pojawiać informacje, że Polacy, w tym dzieci, nadużywają suplementów diety, na co nie ma poparcia w żadnych danych statystycznych, zakwestionowano bezpieczeństwo stosowania tych produktów, a także etykę firm wprowadzających je do obrotu. Nie rozumiem tego – duża część przemysłu suplementowego działa naprawdę uczciwie, wspierając polski przemysł, więc uderzanie w rodzime firmy na pewno nie jest dla nikogo korzystne i nasza organizacja tego nie popiera.


Przejdźmy teraz do omówienia podstawowych regulacji, jakie uwzględnia projekt nowelizacji ustawy. Jest w nim kilka nowych elementów, które nie zostały uwzględnione w Kodeksie, jak np. kwestia marek parasolowych czy dodatkowego zapisu w reklamach i na opakowaniach. Jak branża odnosi się do tych propozycji?

Jesteśmy przeciwni dodatkowemu zapisowi: „Suplement diety jest środkiem spożywczym, którego celem jest uzupełnienie normalnej diety” zarówno na opakowaniach, jak i w reklamach, ponieważ przepisy unijne są w pełni zharmonizowane w temacie znakowania. Rozporządzenie 1169/2011 wskazuje wyraźnie, jakie elementy są obligatoryjne na opakowaniu żywności w ogóle, czyli również suplementów diety. W przepisach przejściowych tego rozporządzenia są także zawarte rozwiązania ograniczające kompetencje państwa do nakładania dalej idących obowiązków. Przypomnijmy, że rozporządzenie to akt najwyższej wagi w prawodawstwie unijnym i kraje członkowskie nie mogą sobie swobodnie, „ot tak” dodawać kolejnych elementów. Przepisy są też jasne w kwestii umbrella branding – zarówno przepisy unijne, przepisy umów międzynarodowych (m.in. TRIPS) czy regulacje dotyczące znaków towarowych pozwalają na stosowanie marek parasolowych, nie pozwalają natomiast wprowadzać w błąd, poprzez zawarcie wspólnego głównego członu nazwy dla wielu wyrobów firmy, a to różnica. I faktycznie trudno jest spotkać na rynku nazwę produktu leczniczego, wyrobu medycznego czy kosmetyku, która byłaby tożsama z nazwą suplementu diety. Ponadto często kanały dystrybucji tych produktów są inne i one minimalizują wprowadzanie w błąd, tj. leki wyjątkowo znajdują się poza obrotem aptecznym, zaś suplementy diety – przeciwnie. Jeżeli jednak zdarzy się tak, że obie kategorie produktów są w aptece, zawsze mamy do dyspozycji farmaceutę, z którym można się skonsultować jako profesjonalnym pośrednikiem pomiędzy klientem a produktem.


Najwięcej problemów jednak nie przyniosłyby chyba same zmiany, ale brak przepisów przejściowych, które nakazywałyby wprowadzenie tych zmian od razu, bez jakiekolwiek okresu przystosowawczego…

Oczywiście, brak przepisów przejściowych w tym projekcie oznacza, że w momencie, kiedy nowelizacja wchodzi w życie, to od następnego dnia nie ma już marek parasolowych, reklamy i opakowania muszą zawierać nowe „ostrzeżenie” itd., ale kiedy i jak to zrobić, w ciągu doby? Trzeba mieć czas na dostosowanie się do tak dużych zmian. W złożonych przez „Suplementy Polska” uwagach wyraźnie podkreśliliśmy te kwestie i wierzymy, że to odniesie pożądany skutek.


Mam wrażenie, że w projekcie nowelizacji są też „przeoczenia”, „literówki”, np. w części dotyczącej reklamy kierowanej do dzieci, gdzie przepis mówi – „reklama suplementu diety nie może być emitowana podczas trwania lub w czasie poprzedzającym i następującym po emisji audycji skierowanej do dzieci poniżej 16. roku życia”. Bez dodania w tym zapisie słowa „bezpośrednio” tworzy się nam niemal totalny zakaz reklam suplementów w konkretnym paśmie reklamowym.

To prawda, ale są też inne uchybienia, nawet w tej części przez Pana przywoływanej. Proszę zwrócić uwagę na zapis „prezentacja i reklama suplementu diety nie może być emitowana, publikowana lub rozpowszechniana w taki sposób, iż większość jej odbiorców stanowią osoby poniżej 16. roku życia”. Przecież nawet w przypadku programu skierowanego do dorosłych, badania telemetryczne mogę pokazać, że dominującą grupą odbiorców są dzieci. Firma nie odpowiada za to, kto ogląda konkretne programy, zatem co najwyżej możemy się zgodzić z takim zakazem reklamy, ale w kontekście programów skierowanych INTENCYJNIE do dzieci.


Wszystko, o czym dyskutujemy, jest sporne i kontrowersyjne, ale najwięcej uwagi przykuły chyba zapisy dotyczące sankcji za złamanie przepisów, sięgających nawet 20 mln zł. To astronomiczna kwota, która mogłaby doprowadzić do bankructwa niejedną firmę.

Tak, dlatego my postulujemy wprowadzenie kar na zasadzie procentu od obrotu produktem, którego reklama została zakwestionowana. Małe firmy mogą naprawdę nie udźwignąć takich sankcji, jakie są wskazane w projekcie, w związku z czym, w strachu przed odpowiedzialnością, przestaną się promować w ogóle. Wysokość kary wywołała chyba największe poruszenie, była takim haczykiem, dzięki któremu wiele osób zainteresowało się tym projektem i zaczęło postulować zmiany. Dla nas takie zainteresowanie jest dobre, ustawodawca natomiast na pewno tego nie planował. Zgadzamy się z tym, że kary powinny mieć charakter odstraszający, ale znajdźmy jakieś rozsądne rozwiązanie, bo podkreślę wyraźnie – nie ma żadnego uzasadnienia, żeby suplementy diety traktować jako produkt szczególnie niebezpieczny, stawiać na równi z alkoholem czy wyrobami tytoniowymi.

 

Pozostając dalej w tematach finansowych – projekt przewiduje także opłatę za powiadomienie o wprowadzeniu do obrotu. Mec. Andrzej Balicki z DLA Piper bardzo trafnie – według mnie – argumentował ten zapis, zgadzając się z nim i mówiąc, że może dzięki temu „GIS przestanie być w końcu darmową kancelarią prawną”. Czy podobne zdanie utrzymuje Państwa organizacja?

W naszych uwagach do projektu zgodziliśmy się z wprowadzeniem takich opłat, ponieważ ilość zgłoszeń jest faktycznie nieproporcjonalna do ilości urzędników, którzy będą je rozpatrywać. Opłaty znów jednak powinny być niższe, a dlaczego? Spójrzmy na przepisy unijne, które mówią, że państwo członkowskie może wprowadzić instytucję powiadomienia o wprowadzeniu do obrotu, ale nie przewiduje żadnych dodatkowych czynności, żadnych postępowań. To my w Polsce wprowadziliśmy postępowania wyjaśniające, w związku z tym dlaczego firmy mają ponosić koszty za czynności proceduralne, które nie są przewidziane w unijnym prawie? Powinniśmy płacić, ale za przyjęcie powiadomienia oraz administrowanie i utrzymanie odpowiedniego systemu informatycznego i to wszystko. W krajach Unii takie opłaty wynoszą ok. 100 euro, my zaś mamy mieć narzucone 1000 zł za powiadomienie i 500 zł za zmianę powiadomienia (np. nazwy, składu, kwalifikacji, postaci, producenta, podmiotu wprowadzającego na rynek, porcji do spożycia itp.). Postulujemy obniżenie kwot odpowiednio do 200 i 50 zł. To też będzie blokada przed zgłaszaniem produktów, których firma nigdy nie zamierza wprowadzić do obrotu.


Został nam jeszcze do omówienia zapis dotyczący „pozytywnej” listy składników roślinnych, które mogą być stosowane w suplementach diety. Wydaje się on być bardzo potrzebny, ale przy tym niebezpieczny, jeśli nie będzie aktualizowany lub od razu niekompletnie przygotowany.

My z niecierpliwością oczekujemy tej zmiany, jednak nie chcielibyśmy żeby przygotował ją jedynie Minister Zdrowia, ale pracował nad nią w porozumieniu z instytucjami, które zajmują się roślinnością w żywieniu (Instytut Żywności i Żywienia, Instytut Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich, Centrum Zdrowia Dziecka itp.). Lista powinna być zatwierdzona przez środowisko naukowe i uszczegółowiona wzorem, np. listy BELFRIT, tzn. zawierać dodatkowe obostrzenia dotyczące stosowania, np. przez kobiety w ciąży, karmiące, dzieci, osoby cierpiące na konkretne jednostki chorobowe itp. Oczywiście, że byłoby dobrze, gdyby ta lista była także aktualizowana, ale uważam, że jeśli od samego początku będzie rzetelnie i kompletnie sporządzona, nie będzie od razu takiej konieczności. Można za to wprowadzić obowiązek monitorowania i przeglądu listy co jakiś czas, np. raz na pół roku/rok.


Pozostaje żałować, że projekt nowelizacji pojawił się tak późno i bez konsultacji z branżą. Chyba idealny moment był 1,5-2 lata temu, kiedy zaczynaliście prace nad Kodeksem?

Dokładnie tak, podejrzewam jednak, że projekt jest odpowiedzią na negatywne komentarze pod adresem producentów suplementów diety. Ustawodawca chciał pokazać, że podejmuje działania w tej sprawie. Szkoda natomiast, że nie daje szans samej branży, żeby pokazała skuteczność Kodeksu, który możemy przecież stale rozszerzać i wprowadzać zmiany. Dostrzegamy jednak też pozytywne strony projektu, bardzo cieszę się z tego, że padła propozycja centralizacji nadzoru nad reklamą suplementów diety u Głównego Inspektora Sanitarnego. Do tej pory ta sama reklama mogła być zupełnie inaczej oceniania przez inspektorów powiatowych, zależnie od ich poglądów, przekonań, interpretacji przepisów. To jest dobre rozwiązanie, o ile nie będzie tak, że GIS będzie wstrzymywał reklamę konkretnego produktu w ogóle, tzn. że jak będzie zastrzeżenie do banera internetowego, to od razu na 12 miesięcy będzie zniesiona także reklama telewizyjna, radiowa itp. Takich rozwiązań nie ma nawet w reklamach leków.

 

A to prawo farmaceutyczne zawsze kojarzyło się z bardzo restrykcyjnym, czyli popadamy ze skrajności w skrajność?

No właśnie, a przecież nie o to chodzi, by konsumenci bali się suplementów diety. Najlepszym przykładem jest konieczność suplementacji witaminy D w naszej szerokości geograficznej, w okresie od września do marca, ze względu na niedostatek światła słonecznego, w tej kwestii zgodny jest też świat nauki. Nie straszmy ludzi tymi produktami, ponieważ mogą się okazać naprawdę potrzebne.

 

Wspomniała Pani o planach dalszych prac nad Kodeksem. Czy projekt nowelizacji nie zaburzy Wam zakładanego poszerzania zawartych tam kwestii?

Mam nadzieję, że nie. Aktualnie pracujemy nad uszczegółowieniem przepisów dotyczących reklamy internetowej, zwłaszcza w mediach społecznościowych, gdzie ciągle treści są „nadpisywane” i trudno jest określić procent powierzchni strony, od którego powinien być liczony podpis „suplement diety”. Pracujemy też nad tym, by jeszcze w tym roku pełną parą ruszył działający w ramach Kodeksu sąd dyscyplinarny i zaczął już rozpatrywać pierwsze skargi, o ile oczywiście takie wpłyną, bo póki co reklamodawcy faktycznie dostosowali się do autoregulacji i trudno znaleźć jakieś przykłady wyraźnych naruszeń. Chcielibyśmy ponadto mieć czas na przeprowadzenie pozytywnych kampanii edukacyjnych na temat suplementów diety zarówno skierowanych do konsumentów, jak też lekarzy i farmaceutów, a także uregulować kwestię promocji B2B. Ważne jest, żeby mówić ludziom, co to jest suplement diety, jak się z nim obchodzić, jak stosować, by działał bezpiecznie i zdrowo. Pomysłów jest oczywiście więcej, ale nie chcemy pracować nad wszystkimi na raz, a ustalić sobie pewną hierarchię ważności.


Tu mówimy o rozszerzeniach merytorycznych, a co z elastycznym dostosowywaniem się do zmian na rynku? Dziś sygnatariusze stanowią 80% branży, ale jeżeli pojawią się nowe firmy, które w krótkim czasie osiągną sukces komercyjny, te proporcje mogą się zmienić.

Dużo nam daje akceptacja regulatora, tj. Prezesa UOKiK. Dzięki temu, nawet jeżeli jakieś firmy się pod Kodeksem nie podpisały, dostosowują się do niego. Tak długo jak UOKiK będzie nas wspierał, tak długo nie ma ryzyka, że firmy będą się wycofywać i nie stosować do Kodeksu. Poza tym nasze organizacje aktywnie pozyskują nowych członków. „Suplementy Polska” to organizacja pracodawców, w związku z czym skupia firmy, które mają swoje własne suplementy diety, wiedzą zatem z jakimi problemami zmaga się branża i mają świadomość, że same mogą nie przewalczyć jakiegoś rozwiązania, a już w ramach organizacji owszem. Dlatego chcą rozszerzać Kodeks, zmieniać go i tak osiągać swoje cele. Dziś samoregulacja obejmuje 80% branży i wierzę, że z czasem ta liczba będzie tylko rosła.

 

 

 

KOMENTARZE
Newsletter