Biotechnologia.pl
łączymy wszystkie strony biobiznesu
„Doctor shopping” oczami farmaceuty
„Doctor shopping” oczami farmaceuty
„Doctor shopping” lub „double doctoring” to pojęcie odnoszące się do zjawiska, w którym pacjenci wyłudzają recepty na określony lek od wielu, różnych lekarzy. Zazwyczaj chorzy podlegają opiece jednego, prowadzącego lekarza, który koordynuje całą terapię i przepisuje odpowiednie medykamenty. Czasami jednak, niektórzy pacjenci aktywnie poszukują innych lekarzy, aby uzyskać więcej recept na określone leki. Wyłudzają kolejne recepty na te same substancje poprzez udawanie albo wyolbrzymianie dolegliwości. „Pragnę podkreślić jak ważną rolę w doctor shoppingu odgrywają polscy farmaceuci” – rozmawiamy z Dagmarą Katarzyną Cieślak technikiem farmacji z wieloletnim stażem aptecznym o tym coraz bardziej powszechnym.

Czy w polskich aptekach też można zaobserwować takie zachowania?

Dagmara Katarzyna Cieślak: Na przestrzeni 10 lat mojej pracy w zawodzie technika farmaceutycznego, niejednokrotnie spotkałam się ze zjawiskiem wyłudzania przez pacjentów recept na różnego rodzaju produkty lecznicze. Swoje obserwacje spróbuję odnieść do lokalizacji aptek, w których pracowałam oraz do momentów dziejowych w moim zatrudnieniu. Pierwsze lata swojej pracy spędziłam w specyficznym środowisku osiedla ludzi w wieku średnim i podeszłym, nieopodal dużych przychodni internistycznych oraz poradni specjalistycznych. Spotykając codziennie te same osoby regularnie odwiedzające owe placówki, często obserwowałam fakt nadmiernego składowania leków, szczególnie przez pacjentów starszych, kierujących się zdecydowanie nadgorliwą dbałością o zapasy swoich medykamentów. Jeszcze kilka lat temu częściej można było spotkać się z takim zjawiskiem, biorąc pod uwagę warunki prawno-ekonomiczne aptek, które dopuszczały możliwość bardzo swobodnej i urozmaiconej konkurencji na rynku farmaceutycznym. Pacjent mając możliwość dokonania zakupu swoich leków za symboliczny grosz lub w podobnej, bardzo konkurencyjnej cenie, był gotowy gromadzić ich zapasy w nieracjonalny sposób, zwracając się o wystawienie recept zarówno do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, jak również specjalistów. W znacznym stopniu dotyczyło to leków refundowanych, których cenę można było obniżyć do ryczałtu, na przykład przeciwastmatycznych produktów leczniczych, insulin i innych leków przeciwcukrzycowych, paskowych testów diagnostycznych do kontroli glikemii, a także leków psychiatrycznych. Zjawisko, które z czasem stało się nagminne, było wówczas mało dostrzegalne.

Czy nadal pacjenci kupują leki „na zapas” ?

Dagmara Katarzyna Cieślak: Obecnie ujednolicone ceny leków podlegających refundacji, nie pozwalają na dokonywanie irracjonalnych zakupów różnych produktów, Jednakże można zaobserwować nieco inną formę rozważanego zjawiska. W czasach pogoni za karierą, problemów zawodowych, rodzinnych i wszelkich innych życiowych, w codziennych zmaganiach ze stresem, wspomagają ludzi środki psychotropowe. Od przeciwdepresyjnych, po leki wspomagające zasypianie i anksjolityki. Zwiększone zapotrzebowanie na stosowanie środków przeciwdepresyjnych, nasennych i przeciwlękowych, w porównaniu z latami ubiegłymi, pozwala na bardziej wnikliwą obserwację konsumentów. Obecnie są to nie tylko ludzie starsi i nie tylko ludzie z widocznymi zewnętrznie objawami schorzeń układu nerwowego. Oczywiste jest poszukiwanie przez nich jak najkorzystniejszych cen niezbędnych produktów, natomiast niepokojący jest fakt częstego ich nadużywania i przyjmowania w zatrważających wręcz ilościach.

O jakiej grupie leków mówimy rozważając zjawisko „doctor shoppingu”? Czy są to leki uzależniające?

Dagmara Katarzyna Cieślak: Rzecz dotyczy nie tylko leków psychotropowych. Pod uwagę należy wziąć także leki o działaniu analgetycznym, o szerokiej skali dostępności nie tylko w aptekach. Pod wpływem siły perswazji płynącej z reklam, pacjent dokonuje wyborów wśród rozmaitości znajdujących się także w hipermarketach oraz na stacjach benzynowych. Niejeden farmaceuta ma trudność w przekonaniu pacjenta o braku potrzeby łączenia ze sobą kilku różnych substancji przeciwbólowych, które nie wpłyną synergicznie na efekt terapeutyczny, a mogą nasilić występowanie objawów niepożądanych. Niejednokrotnie również z trudem udaje się wyjaśnić zagrożenie płynące ze stosowania tej samej substancji leczniczej ukrytej w produktach różnych producentów, którzy prześcigają się w środkach oddziaływania na percepcję konsumentów. Wspomnę również o nasilającym się ostatnio zjawisku częstego przyjmowania, szczególnie przez bardzo młodych ludzi, preparatów zawierających izotretinoinę. W tym celu udają się najczęściej do gabinetów prywatnych, gdzie uzyskują recepty. Wiele z tych osób postrzega taką terapię jako zabieg kosmetyczny, nie zważając na działania uboczne mogące zaważyć na ich zdrowiu. Niestety i na tym gruncie można zaobserwować próby wyłudzenia tych leków w aptece bez recepty. Wielce niepokojącym wydaje się być fakt, iż w dążeniach do ich otrzymania, młodych pacjentów dopingują ich rodzice. Uważam, że w zakresie tego rodzaju środków, zdecydowanie niezbędna jest kampania edukacyjna wśród młodzieży i ich rodziców oraz pozostałych grup pacjentów, mająca na celu uświadomienie powagi przeprowadzanego leczenia i jego potencjalnych konsekwencji.

Do jakich metod uciekają się ci najbardziej zdeterminowani pacjenci?

Dagmara Katarzyna Cieślak: Częste wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu i, w razie subiektywnej potrzeby, wizyty prywatne w placówkach niepublicznych. Brak profesjonalnego systemu opieki farmaceutycznej pozwalającego na dostęp do informacji o procesie leczenia, rodzajach przyjmowanych œśrodków i częstotliwości ich zapisywania przez lekarzy, doprowadza wielokrotnie do sytuacji drastycznych nadużyć.

Jakie to mogą być nadużycia?

Dagmara Katarzyna Cieślak: Posłużę się przykładem mającym miejsce podczas mojej pracy w dużej, całodobowej aptece na jednym z młodszych i bogatszych łódzkich osiedli. Dotyczy on młodej, trzydziestokilkuletniej kobiety, która regularnie zażywała leki przeciwdepresyjne, a wskutek traumatycznej sytuacji życiowej zaczęła przyjmować je w zwiększonych ilościach, dołączając do nich w późniejszym czasie leki przeciwlękowe i nasenne  z przepisu lekarza. W niedługim czasie dało się zauważyć, iż straciła zupełnie kontrolę nad zażywaniem owych środków. Jej częste wizyty w aptece z początku były niezauważone, nieco później wywoływały zaskoczenie i zakłopotanie wśród personelu, do momentu przełomowego, gdy po kolejną porcję leków przyszła zataczając się, tracąc niemal przytomność. Tego wieczoru kończyłam swoją popołudniową zmianę i pamiętałam jej poprzednie, nie w pełni zrealizowane recepty z poprzedniego dnia. Widząc jej stan, stanowczo odmówiłam wydania kolejnej porcji benzodiazepin. Ponieważ sytuacja wkrótce powtórzyła się (recepty zostały zrealizowane na życzenie pacjentki przez innego farmaceutę i w międzyczasie dostarczyła ona kolejne recepty od innych lekarzy), sprawdziłam, w systemie informatyczny, historię jej zakupów. Fakty były zatrważające. Tylko w naszej aptece, w ciągu niespełna miesiąca, zrealizowała kilkanaście recept na beznodiazepiny. Recepty były wystawione przez różnych lekarzy psychiatrów. Zarówno z gabinetów prywatnych, jak również z państwowych przychodni specjalistycznych. Zadziwiające, jak lekkomyślnie lekarze przepisywali jednorazowo ilości leków na 3 miesiące, czyli na maksimum dozwolonego czasu. Jestem przekonana, że większość z nich nie znała pacjentki, jej problemów życiowych, problemów z nadużywaniem leków i czynników indukujących te problemy.

Co farmaceuta może zrobić w takiej sytuacji?

Dagmara Katarzyna Cieślak: Podjęłam kroki interwencyjne, począwszy od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, który własnoręcznie wystawiał jej recepty na nazwiska innych swoich pacjentów (odkryłam to przeszukując bazę danych i historię sprzedaży). Udałam się na osobistą rozmowę do osoby, która najwyraźniej nie miała czystego sumienia w tej kwestii i próbowała wmówić fakt, iż pacjentka musiała ukraść jej recepty. Nie było to zgodne z prawdą, gdyż wspomniane recepty zostały wystawione własnoręcznie przez lekarza. Niestety nie udało mi się dotrzeć do pozostałych lekarzy, nie mniej jednak, historia nie miała pozytywnego zakończenia dla mnie. Pewnego popołudnia kobieta ta przyszła do apteki i publicznie wykrzyczała swój żal, jaki żywiła do mnie. Niestety, od tamtej pory zmieniłam lokalizację i pracuję w innej części miasta, nie mam więc informacji, czy w dalszym ciągu jest pacjentką tamtej apteki i czy problem, z jakim się borykała zmniejszył natężenie, czy przeciwnie zyskał na sile.

KOMENTARZE
Newsletter