Biotechnologia.pl
łączymy wszystkie strony biobiznesu
Tabletki (nie)szczęścia
W Polsce zawrzało! Nie chodzi o wichury, jakie panują w ostatnich dniach. Nie chodzi także o dyskusje odnoszące się do problemów górników i kopalni. Mowa za to o antykoncepcji awaryjnej.

Burza hormonów

Komisja Europejska, po konsultacjach z ekspertami zdecydowała się dopuścić w krajach Unii bez recepty preparat ellaONE. Jest to środek zaliczany do tzw. antykoncepcji awaryjnej, czyli tzw. preparatów po. Unia wskazała, że badania wykazują bezpieczeństwo stosowania tego środka. Blokuje on bowiem możliwość produkcji żeńskiej komórki rozrodczej. Polskie władze stwierdziły jednak, iż na terenie naszego kraju nie będzie zmian w tym zakresie. Antykoncepcja postkoidalna będzie dostępna tylko na receptę.

Preparaty antykoncepcyjne są, jak wyczytać można z wielu komentarzy, nowoczesną formą antykoncepcji. Nie jest tajemnicą, że działanie podobnych środków nie polega wyłącznie na blokowaniu wydzielania żeńskiej komórki rozrodczej. Gdy dojdzie do zapłodnienia, środek ma za zadanie nie dopuścić do dotarcia zarodka do macicy. Podobne informacje znajdują się na ulotkach dołączonych do leków.

Kilka miesięcy temu poprosiliśmy o wypowiedź w podobnej kwestii   Małgorzatę Prusak,   farmaceutkę oraz bioetyka. Ekspertka, komentując sytuację u naszych zachodnich sąsiadów, wypowiedziała się  na temat awaryjnej antykoncepcji. Przypominamy tę rozmowę.

Czy może mam Pani przypomnieć czym jest antykoncepcja postkoitalna?

Antykoncepcja postkoitalna to środki zarejestrowane do stosowania po stosunku w celu zapobieżenia ciąży, najczęściej znane jako: „Tabletki Po”, „Pigułki Po”. Stosuje się je do trzeciego, a nawet piątego dnia po stosunku w zależności od rodzaju. I właśnie one rodzą najwięcej wątpliwości moralnych, bo jeśli stosunek miał miejsce w okresie około owulacyjnym to tabletki te przyjmuje się już po możliwym zapłodnieniu, wtedy gdy embrion wędruje do macicy, przed jego zagnieżdżeniem. W świetle dostępnych badań, nie można wykluczyć całkowicie, że omawiane tu produkty w niektórych przypadkach nie zahamują lub nie utrudnią zagnieżdżenia zarodka w macicy, a tym samym nie spowodują jego zniszczenia.  

Zgodnie z relacjami medialnymi zarówno niemieccy biskupi jak i przedstawiciele Watykanu uznali, że w tak dramatycznej sytuacji, tj. gwałtu, uprawnione jest podanie podobnego preparatu, pod warunkiem, że nie zadziała poronnie. Znaczna część środowisk katolickich podkreśliła jednak, że takiej gwarancji nie ma nigdy. Jest Pani autorką badań poświęconych specyfice preparatów „Po”. Co Pani sądzi o tej sprawie? Kto ma rację?

Rozumiem, że mówimy tutaj o komunikacie Konferencji Episkopatu Niemiec i wywiadzie prasowym prezesa Papieskiej Akademii „Pro Vita” biskupa Ignacio Carrasco de Paula. W wystąpieniu biskupów niemieckich mówi się o niedopuszczalnym działaniu aborcyjnym oznaczającym zniszczenie zarodka ludzkiego, co trzeba dopowiedzieć, bo samo określenie poronne nie jest dzisiaj jednoznaczne. Odnosząc się do tych wypowiedzi, trzeba zaznaczyć, że sytuacja gwałtu jest bardzo traumatyczna i bolesna dla kobiety, i nigdy nie powinna mieć miejsca. Kobieta w takiej sytuacji potrzebuje pomocy i wsparcia, oznacza to dużo więcej niż tylko podanie preparatu „Po”. Nikt nie kwestionuje chęci uchronienia się przed poczęciem dziecka w takiej sytuacji. W przypadku podania obecnych na rynku „Pigułek Po”  nie można być pewnym, czy nie doprowadzi to do utraty poczętego dziecka, jeśli już nastąpiło zapłodnienie, dlatego w niektórych katolickich szpitalach w USA wymaga się wcześniejszego wykonania testu owulacyjnego. Wychodzi się tutaj z założenia, że jeśli życie człowieka się zaczęło, to należy je chronić. Powinno się wtedy traktować je jako „dziecko podrzucone”, które przecież po znalezieniu nie jest mordowane. Zdanie biskupów niemieckich jest niejasne, byłoby klarowne gdyby były takie „Pigułki Po”, które tylko zapobiegają zapłodnieniu. Osobiście nie znam takiej „Tabletki Po”, po podaniu której można by zagwarantować, że nie wpłynie to na zagnieżdżenie zarodka (i ostatecznie nie doprowadzi do jego zniszczenia) w przypadku jeśli zapłodnienie już nastąpiło.

Jest Pani jedną z niewielu badaczek, które podjęły się trudu analizy ulotek środków antykoncepcyjnych pod kątem ich wczesnoporonnego działania. Czy stawianie tezy o podobnym działaniu podobnych preparatów nie jest dzisiaj farmakologiczną herezją?

Myślę, że nie można mówić o farmakologicznej herezji, gdyż mechanizm działania jakiegoś produktu, to nie kwestia wiary, ale wiedzy. Na początku warto też uściślić, co oznacza działanie wczesnoporonne, ponieważ obecnie to pojęcie    może być w różny sposób rozumiane. Dla niektórych oznacza zniszczenie poczętego dziecka w pierwszych dniach życia, a dla innych dopiero po zakończonej implantacji w macicy (czyli około 14 dniu od zapłodnienia). Jeśli przyjmiemy za działania aborcyjne działanie po zapłodnieniu, a przed implantacją, to możemy mówić o takim działaniu, gdyż na podstawie dostępnego piśmiennictwa i przeprowadzonych badań nie można z całą pewnością wykluczyć takiego działania podczas stosowania niektórych metod antykoncepcyjnych. Informacje o tym znajdujemy tylko w nielicznych ulotkach środków antykoncepcyjnych. W większości ulotek w ogóle    nie wspomina się o sposobie działania tych produktów, a jest on przecież wielokierunkowy i złożony. Hormonalne preparaty antykoncepcyjne wpływają na owulację, na konsystencję śluzu szyjkowego, na motorykę jajowodów oraz na budowę i funkcje błony śluzowej macicy. Te dwa ostatnie mechanizmy mogą wpływać na zagnieżdżenie zarodka, jeśli dwa pierwsze zawiodą i dojdzie do poczęcia dziecka. Przy tym trzeba dodać, że nie ma takich środków, które u każdej kobiety i zawsze w 100% zahamują owulację, a są też takie, które jak podaje literatura hamują ją tylko w 40-60%. Można coś na ten temat znaleźć w materiałach przeznaczonych dla lekarzy czy farmaceutów, w opracowaniach podręcznikowych lub w literaturze naukowej. Zwyczajny użytkownik musi się trochę natrudzić, aby dotrzeć do tak istotnych z etycznego punktu widzenia informacji.

 Może w tym kontekście warto wyjaśnić: czy środki antykoncepcyjne można określać w ogóle  mianem leku? Ma to nadal miejsce np. w telewizji.

W myśl ustawowej definicji „produktu leczniczego” jest nim: substancja lub mieszanina substancji, przedstawiana jako posiadająca właściwości zapobiegania lub leczenia chorób występujących u ludzi lub zwierząt lub podawana w celu postawienia diagnozy lub w celu przywrócenia, poprawienia lub modyfikacji fizjologicznych funkcji organizmu poprzez działanie farmakologiczne, immunologiczne lub metaboliczne (art. 2 pkt 32 ustawy – Prawo farmaceutyczne). I w takim pojęciu „produktu leczniczego” mieszczą się środki antykoncepcyjne, które na tej podstawie zarejestrowano jako leki, gdyż z pewnością modyfikują funkcje fizjologiczne organizmu kobiety. Natomiast jeśli „ciążę” i „płodność”(zdrowy stan kobiety) uzna się jako chorobę, to wtedy te środki stają się „lekami”. Mają rację ci, którzy uważają, że ubezpłodnienie    kobiety nie jest    działaniem terapeutycznym, nie powinno się więc tych środków nazywać „lekami”, tym bardziej że mogą także szkodzić zdrowiu kobiety, a nawet w niektórych wypadkach zagrażać jej życiu, o czym coraz częściej zaczyna się mówić. Inną kwestią jest stosowanie środków antykoncepcyjnych, często poza zarejestrowanymi wskazaniami, do leczenia niektórych schorzeń kobiecych. Tutaj zdania samych lekarzy są podzielone (np. lekarze zajmujący się naprotechnologią nie stosują tych preparatów w swojej praktyce) i nie chciałabym się w tej materii wypowiadać.


Czy to nie właśnie problem antykoncepcji stał się motorem do działań o wprowadzenie w polskim prawie farmaceutycznej klauzuli sumienia?

Do niedawna nie istniała potrzeba wprowadzania klauzuli sumienia do prawa farmaceutycznego, ponieważ ani farmaceuta ani technik farmaceutyczny nie biorą udziału w wykonaniu aborcji.

Sytuacja ta uległa jednak zmianie wraz z wprowadzeniem do obrotu aptecznego produktów, które mogą powodować zniszczenie zarodka ludzkiego. Uczestniczenie w procesie dystrybucji takich produktów daje już uprawnienie do przyznania tego prawa pracownikom aptek. Jest to też zgodne z rezolucją europejską gwarantującą prawo do sprzeciwu sumienia wszystkim pracownikom medycznym, których obowiązki mogą w określonych okolicznościach powodować konflikt z ich przekonaniami wynikającymi z szacunku dla życia od jego początku aż do naturalnej śmierci. Poza tym farmaceuta też ma sumienie, którego wolność nie oznacza jedynie prawa do reprezentowania określonego światopoglądu, ale przede wszystkim prawo do postępowania zgodnie z własnym sumieniem, do wolności od przymusu postępowania wbrew własnemu sumieniu. Od tej zasady odstąpić można jedynie w przypadku zagrożenia dobra jakim jest życie człowieka. Jak dowodzi przypadek „Pigułki Po”, niektóre „produkty lecznicze” mogą nie służyć ochronie życia i zdrowia lecz uszkadzać zdrowe funkcje organizmu oraz nie są całkowicie wolne od działania w pierwszym etapie życia ludzkiego.

 

 

KOMENTARZE
Newsletter